6. International Transalp Rally ITT'98 Heinsberg (D)
21-24.05.1998
O samym zlocie dowiedziałem się z internetu buszując po stronach TRANSALPów. Na stronie Holenderskiej znalazłem odnośnik do terminów przyszłych zlotów. Termin w zasadzie nie odegrał roli gdyż jako rzemieślnik pracujący w swoim warsztacie mam pełne prawo wyboru czasu i dnia pracy. Tak więc decyzja zapadła - jadę.
Dzień pierwszy czwartek 21.05.1998
Dzień był prosty jak droga na zachód. Chmurki zawsze na
horyzoncie, małe słońce w plecy. Na granicy wylądowałem
około 7:30. Wykupienie ubezpieczenia OC minimum na 14 dni
kosztowoło 7$ tj.24.20zł. Postanowiłem się też ubezpieczyć
na wypadek potknięcia i upadku na schodach przy goleniu jak w
większości tłumaczy się zaliczenie matki gleby. Wydatek na
koszty leczenia (Medical Expenses) w wysokości 2.40$ = 8,30 zł
jest kwotą śmiesznie małą w porównaniu z ceną podwiezienia
karetką do najbliższego szpitala.
Prułem prawie pustą autostradą do Berlina.
Stan jej jest już nieco lepszy niż 15 lat temu lecz nadal
można powiedzieć, że są to schody do Berlina. Berliner Ring w
kierunku na Hamburg, w lewo na Potsdam, w prawo na Hannover.
Teraz już prawie płaska jak stół autostrada.
Są jeszcze drobne objazdy, zwężenia ale nic
to. Przed Hannoverem stojąc na parkingu celem przywołania
krążenia w pośladkach zapachniało mi herbatą. Motonici na
całym świecie mają znajomych tak więc przedzwoniłem do
jednego z nich. Christian mieszkający w Springe, małej
mieścine za Hannoverem był akurat w domu. To w sumie
szczęście ponieważ w Niemczech tegoż dnia było święto i
kto żyw gnał na wydłużony weekend. Zasiedziałem się u niego
jakieś 45 minut. Dostałem od niego dokładną mapkę z okolic
Olpe (dopiero na niej znalazłem właściwą lokalizację zlotu).
Powspominaliśmy stare dobre Niemcy i pognałem dalej na
południe.
Ze Springe,
dalej przez Hameln drogą nr 1 (co za numer) do Paderborn. Tutaj
się tochę zakotłowało: na niebie bo zaczęło popadywać, na
drodze bo straciłem ogólnie kierunek, na okularach bo pokryły
się parą.
Kosztowało mnie to chwiltę kręcenia i nerwów, gdyż przeleciałem przez skrzyżowanie na już czerwonym świetle rozglądając się za kierunkowskazami. Plama !. Za Erwitte droga zwęziła się, widoczki zapagórkowały się znacznie. Pogoda jak to w terenie podgórskim - tu słońce tam deszcz. Tuż przed dojazdem do celu pogoda zaczęła sie załamywać co zaczęło się także i mnie udzielać. Poprawiłem sobie humor zjeżdzając z głównej drogi. Opłotkami na szerokość jednego asfaltu dotarłem w końcu do Heinsberg. Na 10 km przed punktem docelowym zobaczyłem pierwszego Transalpa. Uczepiwszy się jego ogona dotarłem do recepcji. Opłaciwszy haracz za zlot, namiot i blachę - 30DM udałem się na wyznaczone pole namiotowe.
Osobiście nazwałbym to raczej polem pod
namioty. Teraz wiem, dlaczego organizatorzy mówili by ustawić
namiot bardzo, bardzo, bardzo... .Ustawiłem go więc wg rady,
mając po 15 cm wolnego miejsca z każdej ze stron. O dziwo,
nikomu to nie przeszkadzało i przez cału czas trwania rajdu
nikt nie nadeptał mi na tropik.
Opłaciwszy dodatkowo za wyżywienie pognałem na kolację. Szwedzki stół na świeżym powietrzu pod dużym białym namiotem. Jak podjadłem to zrobiło mi się dobrze, ciepło i sennie. W tawernie obficie zaopatrzonej w "napoje" zacząłem poznawać pozostałych TransAlpowiczów. Byli to głównie Holendrzy i Niemcy. Z obcokrajowców to był tylko jeden Szwed i ja - jeden Polak. Z dumą donoszę, że moje 1150 km dojazdu "at once" robiło wrażenie. Na fotografi załapali się od lewej Marc Stavinga, moje 320kmh, Hans de Waard - NL-WebMaster - oboje z Holandii. Im też wytłumaczyłem, że owe 320 to w trzy godziny. Biesiadowaliśmy do grubo po północy.
Dzień drugi piątek 22.05.1998
Noc bezdeszczowa, ale zimna. Nad
ranem było około 4 stopi. Z tego też tytułu część
starszych i zamożniejszych przeniosła się do pokoi hotelowych,
a część do stajenki na sianko. Co do aprowizacji to dla
uczestników były przygotowane wolne pokoje hotelowe z
prysznicami, tak że nie wystąpił problem kolejek do mycia.
Sniadanie w stołówce hotelowej nie odbiegało od luksusu.
Szwedzki stół wyposażony był we wszystko. Nikt nie
oszczędzał żołądków.
Docierają też kolejni zlotowicze. Namioty rozbijają już na
trawniku przed hotelikiem.
Na zdjęciu park maszyn w zimny poranek przed pierwszym wyjazdem.
Po śniadaniu była odprawa. Do wyboru dwie trasy
250 i 200 km. Każdy dostał trasę rozpisaną na RoadBook i
ksero mapy z opisami. Niestety po niemiecku. Motonici pogrupowali
się i wyruszyli na trasę. Niestety, w mojej maszynie uszło
przez noc powietrze z tylniej dętki. Cztery lata było o.k. a
teraz w takim momencie guma. No myslałem, że się wścieknę.
Jeszcze jak się pakowałem to wyjąłem łatki ponieważ nigdy
ich nie potrzebowałem. Jak mówią "noś parasol przy
pogodzie". Dwie godziny szukałem warsztatu. Kolejne dwie
czekałem na załatanie. Wyruszyłem na trasę ze sporym
opóźnieniem. Nic to. Widoki przykryły ponure wspomnienie walki
z ogumieniem.
Gnałem przed siebie
łudząc się, że dogonię jakąś maruderską grupę. Tutaj
zatrzymałem się celem konsultacji z mapą w okolicy Hirschberg.
Wszystkie miejscowości mają tutaj tak podobne nazwy, że trudno
się połapać zerkając tylko na mapę w trakcie jady. Zrobiło
się ponuro i zimno. W roadbook była informacja o postoju w
knajpce "Jerenimo" u stóp zalewu Mohnesee. Tam od
kelnera dowiedziałem się, że grupa była już dawno, dawno
temu. Samotnie pognałem dalej ...
Okolice są podobne do Beskidu Średniego, tyle
że bardziej zurbanizowane. Setki małych zapór tworzą górskie
jeziorka. Sielanki dopełniają pasące się krowy-milki.Grubo po
popołudniu natknąłem się na grupę Niemców. Podłączyłem
się do nich i reszę (marną zresztą) trasy, podążałem
posłusznie za nimi. Jeżdzą spokojnie, typowo turystycznie.
Prowadzący czeka na ostaniego przed każdym skrzyżowaniem, nie
ma wyprzedzania w obrębie grupy. To są rzeczy w zasadzie
normalne ale jak wiem ze zlotów krajowych nie dla wszystkich. Na
zdjęciu postój w zajeździe celem rozgrzania ciał przy
ciepłej herbacie. Zmarzły głównie prowadzące motocykle
dziewczyny.
Wieczorem po kolacji, na
którą składał się trdycyjny szwedzki stół wyposażony w
bigos, białą kiełbasę, smażone schabowe, zielska i inne
sałatki - znowu balanga. Humory dopisywały jak to po pierwszym
dniu zlotu. Piwo, dobra muzyka rozwiązują języki i
rozplątują ręce.
Na zdjęciu Detlev
"Deti" Müller (D-WebMaser).
Czlowiek nie młodego już wieku, zapaleniec XL600. Tak w
zasadzie to nie wiem o nim nic więcej poza tym, że pracuje dla
rządu i był na motorze chyba wszędzie.
Co do imprezy, to wszyscy bawili się świetnie.
Jest to towarzystwo nie stroniące od zbiorowego dowcipu, raczej
wyluzowane. Fiesta Macarena w wykonaniu zlotowiczów znacznie
odbiegała od oryginału lecz była wielce spontaniczna.
Tańczyli ludzie dla których kupienie nowego domu to betka, jak
również ci co kupili swój motocykl na raty. Poza tańcem na
miotle łączy ich motocykl i cos jeszcze, coś co trudno
wyrazić słowami ale czuć unoszące się w powietrzu ...
Dzień trzeci Sobota 23.05.1998
Noc bezdeszczowa ale ponownie zimna. Poczas
hotelowego śniadania sutego jak w dniu poprzednim, wyjrzało
słońce. Zrobiło się sennie ciepło. Tradycyjnie (jak się
dowiedziałem) przedostatniego dnia zlotu rankiem wszyscy
uczestnicy zbierają się w parku maszyn celem zbiorowego ujęcia.
Jak to zazwyczaj bywa - zbieraniom nie było końca. Na zdjęciu
Transalp z wózkiem bocznym !(?). Tak, to chyba skrajny przypadek
miłości do XL600v.
Jedyny
nie Holender i nie Niemiec. Szwed o imieniu Per posiadający
najstarszy motocykl, solówkę. Na liczniku ponad 140,000 km !.
Po prostu Weteran. Prywatnie miły i dowcipny, mistrz kulinarny.
Na motocyklu istny kozak, za co przypłacił urwaniem wspornika
osłony i rozbiciem łożyska w tylnim kole na odcinku motocrosu.
Przybywa nas ...
... przybywa
...( Hans Hobo)
... Jürgen "Luigi" Koch
...( jego Transalp miał silnik od Afriki Twin, 40-litrowy bak na
paliwo, błotnik jak widać. Jak nietrudno się domyśleć napis
po arabsku oznacz TransAlp )

... jeszcze przybywa .... i już
chyba wszyscy. Wg organizatorów było chyba około 130 motocykli
XL600V. Do zdjęcia przygotowano specjalnie dwie drabiny by z
nich ująć jak najwięcej twarzy i osłon. Do drabinki ustawiła
się drobna kolejka. Cała akcja trwała około godziny czasu.
Po oficjanej uroczystości obfotografowania wyjazd na
trasę. Uczepiłem się Hansa, który był prowadzącym naszej
międzynarodowej grupy: Hans, Wouter, Bernard - Holendrzy, Detlew
- Niemcy i ja na doczepkę. Świetnie się podziwia okolicę
podążając "bezmyślnie" za wodzem. On się męczy,
denerwuje, miota przy RoadBook'sie a ty widoczek z lewej,
widoczek z prawej, ptaki u góry itp. Na wspólnych wyjazdach
zdjęcia robię się tylko podczas posiłku i tego co po nim
pozostanie. To jest pierwszy wariant.

Knajpka była na szczycie
góry. Obok była wieża widokowa oczywiście wstęp na 1DM.
Wdrapaliśmy się (o dziwo pieszo) na oną wieżę. Wyższa od tej
na Wieżycy, węższa aż się zakręciło w głowie.Widok na
całą okolicę ponad koronami drzew.
Aż strach się było bać.
Tu drobna przerwa na określenie
współrzędnych geograficznych, ponieważ podróżując wg
itenera też można popełnić błędy.
Zresztą nie my jedni krążyliśmy w tym miejscu. W przeciągu
piętnastu minut ugrzęzło tutaj ponad pięćdziesiąt
motocykli.

A ugrzęźlim, ponieważ był zjad na wyjątkowo
polną drogę prowadzącą na miejscowy motocross. Każdy nagle
poczuł w sobie żyłkę do wirażowanie, skakania i niektórzy
do spadania.Nie powiem bym i ja nie wpadł w ten owczy pęd.
Skoczyłem sobie tak z metr w powietrzu. DeTi zkwitował to tylko
jednym zdaniem "This bike wosn't make for jumping" A
miał rację. Tutaj własnie nasz Szwed urwał osłonę. Inny
skoczek spadając na przednie koło stłukł sobie solidnie
męskość i zapał w nim jakby ostygł. Inny natomiast
wylądował w sposób niegodny wrony. Skończyło się na robiciu
motocykla, kolana, biodra i odwiezieniu do szpitala. Tak,
szaleńców nie sieja i nie jest to tylko domena naszych rodaków
...
Dalej już raczej w turystycznym nastroju
kontynuowaliśmy trasę. Hans wodził nas za nos po całej
okolicy. Po drobnym postoju na lody, herbatę i piwo
(bezalkoholowe) snuliśmy się po wąskich drogach w okolicy. Na
tej tamie DeTi opowiedział mi historię akcji zniszczenia tamy
przez Anglików w czasie II wojny widzianej oczami ofiar. Zalane
nie tylko fabryki ale i miasta, wsie. Taka duża bezsensowna
powódź. No cóż, jest to jego punkt widzenia historii.
Po powrocie do bazy wyskoczyliśmy jeszcze z
DeTi pokrążyć po okolicy. Ostatnie zdjęcie na Park Narodowy.
Spotaliśmy też Hansa fotografującego wioskę o zachodzie
słońca.
Kolacja wyborniejsza niż zwykle. Utworzyła się dość spora
kolejka głodnych z talerzami. Nawracaliśmy nawet trzykrotnie by
dobrać zmacznego gulaszu, małych klusek i innych specyfików.
Od przodu poza kolejnością wciskało się kilku starszych
uczestników. Po wyjaśnieniu, że mogą umrzeć ze starości w
kolejce po dokładkę uznaliśmy ich prawo do pierwszeństwa.
Po kolacji ponownie balanga w tawernie. Około północy oficjane zakończenie zlotu-rajdu. Polegało ono na podziękowaniu uczestnikom za przybycie, organizatorom za organizację. Nie było dyplomów, wyróżnień i całego tego namaszczenia jakiego byłem uczestnikiem-świadkiem na zlocie GW. Takie antyczne "przybili, zobaczyli, pojeździli".
Dzień czwarty Niedziela 24.05.1998
W nocy padało. Rano padał dżdż. Złożyłem mokry namiot.
Ubrałem wilgotne ciuchy. Śniadanie jak w dniach poprzednich.
Po otwaciu parku maszyn o 8:30 wyruszyłem w drogę powrotną do
domu. Miałem wracać do Ople razem z Hansem ale mi nie wyszło (Sorry
HANS, I lost You Again). W Ople wskoczyłem na autostradę.
Lało do Bielefeldu. Przed i za Hannoverem był korek. Jako
motocykliście udało mi się go "ominąć". Dalej
droga była prawie pusta, natomiast przeciwny pas był jednym
wielkim korkiem. Tak wyglądało aż do granicy Polski. Pod
Szczecinem rozkapało się, i tak w przelotnych opadach deszczu
osiągnąłem Sopot około godziny 22:30.
Bogdan Chudzikiewicz